Węzeł

Książka Lucyny Kulińskiej w trzech tomach podaje relacje uratowanych i ocalonych dzieci z lat 1942-45 z Wołynia i Wschodniej Małopolski. Fakty podawane we wspomnieniach zostały potwierdzone dokumentami odnalezionymi w archiwach.

Samych wspomnień dziecięcych są setki. Jedno straszniejsze od drugiego. Prezentowany wybór (w książkach „Dzieci Kresów”) stanowi jedynie wierzchołek góry lodowej, która skrywa niewyobrażalne wręcz dramaty, o których, co gorsza, większość Polaków nic nie wie. Dzieci były nie tylko ofiarami – były też bohaterami – jak dzielna, niespełna 15-letnia Michalina, która w czasie napadu na dom rodzinny kierowała obroną i ratowała przerażonych rodziców, krewnych i rodzeństwo. Własnymi rękami zbierała wrzucane do domostwa granaty i wyrzucała je na zewnątrz, do chwili, gdy jeden z nich eksplodował odrywając jej ramię i kalecząc twarz. Opis tego wydarzenie autorka wyboru znalazła w meldunkach polskiego podziemia.

Większość z sierot umierała przedwcześnie, nawet wtedy, gdy znajdowała jakąś opiekę. A było następstwem szoku, choroby sierocej, gwałtownego spadku odporności organizmu( nawet drobna choroba była przyczyną śmierci tak osłabionych dzieci). Wiele z nich umierało później, po 2-3 latach, mimo wysiłku opiekunów. Zabijała je najczęściej gruźlica.(…)

Najbardziej smutne jest to, że po wojnie nie doczekały się należytej opieki państwa. Zmagając się ze swoją tragiczną przeszłością, a często i kalectwem, zdane były na siebie. Nikt nie pomyślał o rentach ani innych niezbędnych formach pomocy. Zapomniano zarówno o nich jak i ich cierpieniu.(…)

Dziś, niestety wielu rodakom pisanie o tym wielkim nieszczęściu, które spotkało Polaków na Kresach, wydaje się nieprzyzwoite i niepotrzebna. Ich męczeństwo złożono na ołtarzu „wielkiej polityki”, młode pokolenie nie wie na ich temat praktycznie nic, a średnie niewiele.

Pochylmy się więc, chociaż my, na chwilę, nad tym niezawinionym nieszczęściem naszych dzieci, bo jeśli już wszyscy w Polsce uznamy, że wiedza ta jedynie nam przeszkadza w spokojnym konsumowaniu, to w tym momencie przestaniemy być już Polakami.

„Dzieci Kresów” [autorka] dedykuje tym wszystkim historykom(!), którzy wbrew prawdzie i faktom nie wahają się tej wielkiej zbrodni ludobójstwa nazywać enigmatycznie walkami polsko-ukraińskimi i ze wszystkich sił tuszują lub ukrywają bolesną prawdę.

 

Z przedmowy – Lucyna Kulińska

 

 

2 czerwca 1943

Zbliża się 60. rocznica tragicznych wydarzeń (ludobójstwa) na Wołyniu. Napisano już wiele słów na ten temat i ja, jako żywy świadek, chcę się podzielić z wszystkimi zainteresowanymi swoją tragedią.

Urodziłam się 16 grudnia 1936 roku w miejscowości Hurby, gmina Buderaż, powiat Zdołbunów, województwo Wołyń. Z domy nazywam się Ostaszewska, córka Jana i Marii z domu Zielińska.

Byłam zbyt mała, aby się bronić i zbyt duża, żeby zapomnieć tragiczny dzień 2 czerwca 1943. Wieczorem tego krytycznego dnia mama całą piątkę dzieci przygotowywała do snu. Byliśmy w samych koszulkach. (Dal porządku podeja imiona i wiek mojego rodzeństwa: najstarszy brat Marcel -12 lat, siostra Lodzia – 10 lat, ja, Irena – 6,5 roku, siostra Stasia 4 lata, a brat Tadzio – 1,5 roku).

Mieszkaliśmy dość daleko od innych gospodarstw i tego dnia ktoś nas powiadomił, że wiele domów pali się i że banderowcy napadli na Hurby. Wtedy ojciec zdecydował, aby mama z dziećmi uciekła do pobliskiego lasu.. Tak też się stało. Marcel wziął na plecy Stasię, mama najmłodsze z dzieci na rękę, ja zaś, trzymając się sukienki mamy i Lodzia – uciekliśmy. Dołączyło do nas wielu sąsiadów, wszyscy biegli w kierunku lasu. Ojciec został w domu, aby powynoście cenniejsze rzeczy i trochę żywności.

Uszliśmy może ze 150 metrów od domu, kiedy mama zauważyła kilku młodych mężczyzn wychodzących z lasu. Każdy miał w ręku siekierę. Mama zaczęła krzyczeć przeraźliwie, abyśmy się chowały. Rozbiegliśmy się wszyscy w zboże na tyle już duże, że pomagało nam się ukryć. Brat Marcel z siostrą Stasią odbiegł od nas, siostrę Lodzię pociągnęła za sobą jedna z naszych sąsiadek, a ja zostałam z mamą.

Rozpoczęła się rzeź. Banderowcy uderzali na oślep siekierami i nożami, kogo dopadli. Kilku z nich nadjechało na koniach i tratując zboże w poszukiwaniu ofiar, mordowali znalezionych. Kilku banderowców podbiegło do mojej mamy i jeden z nich uderzył ją w głowę siekierą. Mama upadła i wypuściła z rąk brata Tadzia, a ja z przerażenia krzyczałam. Na całym polu był ogromny wrzask i lament, ludzie błagali swoich oprawców o darowanie życia, ponieważ ich znali. Oni jednak byli bezwzględni. Mama czołgając się, przygarnęła do siebie płaczącego i zakrwawionego Tadzia, dała mu pierś.

Po niedługiej chwili  ponownie podbiegli banderowcy do mojej mamy i podcięli jej gardło. Jeszcze żyła, kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali jej piersi. Ja leżałam przytulona do ziemi, chyba nawet ze strachu nie oddychałam. Mama i Tadzio bardzo się męczyli. Mama z bólu powyrywała sobie długie włosy z głowy, była strasznie zmieniona, bałam się jej, prosiła o wodę. Jak się trochę uspokoiła, pobiegłam do naszego ogrodu i na listku kapusty przyniosłam trochę wody, ale nie podałam, bo już nie jęczała i bałam się jej. W pewnym momencie zobaczyłam wielki ogień i wycie zwierząt, to paliły się nasze zabudowania, bydło i konie chodziły po ogrodzie, a trzoda i drób paliły się razem z budynkami. Przerażona przesiedziałam do rana przy zwłokach mamy i brata. Zobaczyłam też inne trupy, bardzo się bałam, było mi zimno, bo byłam tylko w koszulce.

Rano postanowiłam pójść do mojej cioci – Marii Telickiej – myśląc w swej naiwności, że to tylko nas spotkało takie nieszczęście. Jej budynek, nowy, murowany, kryty blachą stał niezniszczony. Na podwórku było dużo koni, ale kiedy usłyszałam głośne rozmowy po ukraińsku, uciekłam stamtąd do mojej koleżanki, Stasi Matejkowskiej. Jej budynek, nowy, też nie był spalony, a na podwórku także zobaczyłam dużo koni. Weszłam na ganek i chciałam wejść do mieszkania, gdy nagle usłyszałam pijackie krzyki, a jeden z Ukraińców krzyknął:

- Mała Laszka! Strylaj!

Wybiegłam do dobrze mi znanego ogródka i weszłam w krzak jaśminu. Siedziałam cichutko i obserwowałam, jak pijani banderowcy wybiegli na podwórko. Nie szukali mnie, lecz powsiadali na konie i ze śpiewem odjechali.

Długo siedziałam w tym krzaku, płakałam i bawiłam się lalką gałgankową, którą zabrałam ze sobą. Było bardzo gorące południe i to zmusiło mnie, by wyjść i szukać wody i ludzi. Bałam się wracać do domu, którego już nie było. Wyszłam na drogę i w pewnym momencie zauważyła mnie moja ciocia, Helena Ostaszewska, która zaopiekowała się płaczącym dzieckiem. Opowiedziałam jej, co przeżyłam przez ostatnią noc.

Powoli ze zboża i innych kryjówek zaczęli wychodzić mieszkańcy Hurbów. Znalazła się moja siostra Lodzia, która też została przygarnięta przez ciocię. Stojąc w grupie zauważyliśmy, że z lasu biegnie jakiś mężczyzna. Zaczęłyśmy się chować – każdy myślał, że to banderowiec – a to był mój ojciec. Opowiedział, jak całą noc uciekał przed banderowcami (uciekł z płonącego domu przez okno), ukrył się pod jakimś mostkiem w lesie. Bardzo rozpaczał na miejscu kaźni mamy i brata, niedaleko leżał zabity brat Marcel i ciężko ranna siostra Stasia. Miała ona dwie dziury w głowie oraz dwie kłute nożem dziury w brzuchu. Było widać jelita, jęczała i wołała mamusię. Pozostali mieszkańcy Hurbów zaczęli grzebać zwłoki najbliższych w miejscu ich śmierci. Ojciec pogrzebał mamę, dwóch braci i sąsiada w naszym ogrodzie.

Mężczyźni chwycili swoje konie. Było też kilka wozów i bryczek które się nie spaliły i zaczęliśmy się szykować do ucieczki, do Mizocza. Na naszym dużym wozie jechał ojciec, Lodzia, opatulona ranna Stasia oraz sąsiadka Wasylkowa z dziećmi. Wyjechało kilka furmanek w godzinach wczesnego popołudnia. Ojciec ciągle nas uspokajał, abyśmy nie płakały, bo w lesie mogą być banderowcy. Po przebyciu kilku kilometrów leśną drogę zastąpili nam banderowcy, krzycząc:

- Siuda jedu Lachy.

Padły strzały. Tatuś krzyknął, abyśmy uciekały, lecz sam nie mógł zejść z wozu, był chyba ranny. Wszyscy rozbiegli się po lesie, ja też usiłowałam biec za siostrą Lodzią i innymi ludźmi, ciągle płacząc i potykając się o gałęzie, które były zbyt duże(a może ja byłam zbyt mała), aby podjąć w przerażeniu walkę o ocalenie.

Zgubiłam uciekających, ale w zasięgu moich oczu były wozy z końmi, do których biegli banderowcy. Ja pobiegłam do tatusia i widziałam, jak bardzo go bili, a ja stałam przy krzaku i niemiłosiernie krzyczałam. Widziałam, jak naszej sąsiadce Wasylkowej odrąbywali na pieńku głowę. Mój krzyk był tak przerażający, że jeden z banderowców podbiegł do mnie i z rozmachem wbił nóż troszeczkę poniżej gardła, a ja dalej krzyczałam i ze strachu nie mogłam się ruszyć z miejsca.

Banderowcy byli zajęci mężczyznami i dobytkiem, krzyczeli po imieniu do ojca, a ojciec też po imieniu błagał Iwana, aby darował mu życie. Ja też znałam tego Iwana, bo ciągle przychodził do naszego tatusia jak przyjaciel. Ojca bili po głowie i twarzy, zdarli z niego ubranie, a kiedy po raz drugi mnie ujrzeli, postanowili skończyć ze mną, raniąc prawą dłoń nożem i przebijając na wylot, a lewą raniąc przed łokciem dwa razy. Upadłam.

Jeden z banderowców chwycił mnie za skórę na plecach, tak jak się łapie kota i tyle, ile miał skóry w garści, odciął nożem, potem jeszcze dwa razy ugodził nożem w łopatki i wrzucił mnie w ogromny kopiec mrówek. Chyba straciłam przytomność i jak się ocknęłam, był dzień, bardzo byłam obolała, a mrówki tak mnie pogryzły, że byłam bardzo opuchnięta. Wyczołgałam się z tego mrowiska, chciało mi się pić, Czołgając się, zrywałam zielone jeszcze jagody i tak doczołgałam się do drogi i z przerażeniem zobaczyłam obdartego ze skóry, przywiązanego do drzewa człowieka, a to był mój ojciec. Odrąbana i leżąca obok głowa sąsiadki Wasylkowskiej była pokryta mrówkami. Po jakimś czasie usłyszałam nadjeżdżające furmanki, bałam się, ale nie miałam siły, aby się ukryć.

Leżałam przy drodze. Pamiętam, jak podniósł mnie żołnierz, a ja prosiłam, żeby mnie nie zabijał. Coś mówił, ale nie rozumiałam. Po chwili zobaczyłam mojego wujka Aleksandra Tarnawskiego, który tłumaczył Niemcom, że mnie zna, bo wcześniej poznali na drzewie mojego ojca. Niemcy zaopiekowali się mną, układając na wozie i pojąc bardzo słodką kawą, której smak będę zawsze pamiętać.

(…)

Pisząc te trudne dla mnie słowa chcę, aby dotarły do wszystkich. Nie chcę, aby zapomniano o tym, co wyrabiali pozbawieni sumienia rzeźnicy ukraińscy, którzy w niewyobrażalnym bestialstwie przewyższyli stokrotnie NKWD i GESTAPO. Tamci to były organizacja państwowe, powołane do niszczenia przeciwników, a banderowcy, którzy dziś mówią, że walczyli z Niemcami i Sowietami, w tchórzliwy sposób wojowali z Bogu ducha winną ludnością cywilną, to jest ze mną – żywym świadkiem, 6,5-letnią dziewczynką, którą znali i znali jej ojca i całą rodzinę. Tylko bandyci i tchórze walczą z dziećmi i kobietami, tylko zboczeńcy rozpruwają brzuchy i obcinają piersi, a oni w swoich szkołach, w Polsce uczą dzieci ukraińskie, że to byli bohaterowie.

Być może, że gdyby tak nie kłamali, to byłyby inne stosunki z Ukraińcami, a tak to nie wiem, czy usłyszę proste, ale okazuje się, trudne dla nich słowo: PRZEPRASZAM.

Irena Gajowczyk

 

 

 

 

 

18 lutego 1944

Moja rodzina liczyła siedem osób: rodzice, siostra i czterech braci. Mieszkaliśmy na osiedlu Grabowce we wsi Piłatkowce. Tego tragicznego zimowego wieczoru niebo było pełne gwiazd, z ziemię pokrywała gruba warstwa śniegu. Mój starszy brat Franciszek przebywał na podwórzu. Obserwując pobliską drogę zauważył, jak kilka wiejskich sań wypełnionych ludźmi wjechało do lasku. Widząc je był przekonany, że po dwóch, trzech minutach sanie te zobaczy po drugiej stronie lasku. Kiedy jednak tak się nie stało, Franek domyślił się, że sanie zatrzymały się w lasku. Wiedziony przeczuciem, że to może oznaczać niebezpieczeństwo dla mieszkańców, wpadł do mieszkania i zaalarmował domowników, by szybko uciekali. Byłem wtedy ubrany i pierwszy wyskoczyłem z mieszkania, dołączając do brata Franka. Początkowo mieliśmy zamiar uciekać do lasu. Okazało się to jednak niemożliwe, ponieważ od strony lasu i od strony wsi do naszej zagrody zbliżali się drogą i przez pola jacyś ludzie z karabinami. Nasza zagroda została okrążona przez napastników.

Memu bratu udało się wymknąć z tego kotła i ukryć w pobliskim lesie. Ja natomiast wskoczyłem do stodoły i ukryłem się głęboko pod słomą w zasieku. Bandyci wtargnęli do stodoły w przekonaniu, że obaj się tam znajdujemy. Poszukiwania rozpoczęli za pomocą ostrego żelaznego pręta, kłując nim słomę.

Kiedy natrafili na ukryte budulcowe drzewo, jeden z nich powiedział:

- Tu pod drewnem na pewno jest schron i tam jest więcej ukrytych.

Prowodyr tej grupy wydał rozkaz podpalenia stodoły. Ukraińcy rezuni stanęli w pewnej odległości wokół płonącej stodoły. Kiedy zaczęło się palić, opuściłem kryjówkę i wydostałem się na klepisko.

Instynktownie osłoniłem głowę kurtką i dotarłem do otworu służącego do pasa transmisyjnego w czasie omłotów i tędy wydostałem się na zewnątrz stodoły. Korzystając z gęstego dymu i paty topniejącego śniegu nie byłe widoczny, dzięki czemu udało mi się dotrzeć do stojących opodal dwóch budynków. Ukryłem się między nimi. Tam mogłem czuć się bezpieczny do czasu ich podpalenia. Z tego ukrycia rozpoznałem jadącego na koniu dowódcę bojówki UPA, mieszkańca naszej wsi Piłatkowce, Ukraińca o nazwisku Żar, imienia jego nie pamiętam.

Tymczasem obok, w moim mieszkaniu, rozgrywał się dramat mojej rodziny. Słyszałem rozpaczliwe głosy i jęki torturowanego ojca, którego oprawcy wyprowadzili na podwórze i tam zamordowali. Po ich odejściu nad ranem odnalazłem na podwórzu zwłoki mego ojca. Leżał w pobliżu pnia służącego do rąbania drewna i miał poderżnięte gardło. Swoją matkę znalazłem w mieszkaniu. Miała ślady kilku uderzeń młotkiem lub czymś podobnym w głowę, a na gardle ranę kłutą bagnetem na wylot. Siostra Helena otrzymała głęboki cios siekierą w głowę, tak że morderca pozostawił w niej siekierę. Najmłodszy brat Edzio – lat 2, leżał cały we krwi z roztrzaskaną główką i wbitym w nożem w piersi. Obok leżał, również cały we krwi, 16-letni brat Bronek. To jego głos, błagający o litość, słyszałem najdłużej. Kiedy go oglądałem, sprawiał wrażenie bryły zmasakrowanego mięsa, nogi i ręce miał połamane. To nad nim mordercy znęcali się najdłużej.

Do dziś gdy wspomnę sobie ten tragiczny zimowy wieczór, wydaje mi się, że słyszę jęki matki, ojca i brata Bronka. Wtedy robi mi się na przemian gorąco i zimno.

Wówczas, ukryty w szczelinach budynku, pragnąłem za wszelką cenę przeżyć. Siedziałem tam jak sparaliżowany, bezsilny świadek wobec okrutnej śmierci moich najbliższych. Widziałem, jak bandyci wynosili różne przedmioty i ładowali na podstawione sanie. Z obory wywlekli trzy duże świnie, które zastrzelili na podwórzu i wrzucili na sanie. Następnie wyprowadzili konie i bydło z obory i skoro zaczęło świtać, podpalili budynki, opuszczając naszą zagrodę. Mój brat Franek ocalał, ukryty w lesie. W dwa miesiące później został powołany do Wojska Polskiego i zginął w kwietniu 1945 roku jako czołgista pod Dreznem z walce z Niemcami.

Podobna tragedia do tej, jaka dotknęła moją rodzinę, tej nocy spotkała również kilka innych rodzin. Józefowi Dubińskiemu i Stefanowi Kalmukowi, po zadaniu różnych tortur, Ukraińcy poderżnęli gardła. Ludwika Barańskiego powieszono. Żonę Barańskiego wraz z sześcioletnią córeczką i Jadwigę Tracz oprawcy zamordowali w podobny, okrutny sposób. Tego wieczora zginęło 18 osób.

Michał Wojczyszyn

Wykonanie: najlepszemedia.pl